Grudzień 29, 2015 Aktualności, Podróże Brak komentarzy

Mam ogromną zagwozdkę z tym wpisem. Toskania obfituje w atrakcje wszelkiego rodzaju, przebywając tam dwa tygodnie nie sposób choćby odrobinę ją poznać. Dlatego ten artykuł będzie po prostu opisem moich przeżyć i tego, co zobaczyłam w Toskanii. Wskazówki praktyczne znajdźcie na jakimś innym blogu;)

Zgub się

To chyba jednak praktyczna rada, ale za to na każdy wypad. Co nam po GPS, mapach i wszelkich podpowiadaczach, które wskażą nam najkrótszą drogę z punktu A do punktu B, skoro to, co najciekawsze jest zawsze poza drogami wskazywanymi przez nie? A że jestem osobą raczej niechętną wszelkiej technologii – gubimy się namiętnie niemal na każdych wakacjach. Tak było i tym razem.

Ale zanim się zagubiliśmy ….

Nocleg

Postanowieniem Nr 1 było odwiedzenie Galerii Ufizzi we Florencji, miejscem docelowym stał się zatem camping Norcenni Girasole Club leżący 35 km od Florencji, ale także dość blisko innych atrakcyjnych dla turystów miejscowości: Arezzo (46 km), Sieny (65 km) czy San Gimignano (79 km). Później przenieśliśmy się na camping Park Albatros nieopodal miejscowości San Vincenzo nad Morzem Śródziemnym.

Obydwa campingi są godne polecenia: przestrzeń, baseny, place zabaw, program animacyjny dla dużych i małych, sklepy, restauracje – wszystko, czego potrzeba jest na campingu.

No i sąsiedzi. O takich, jak na Norcenni Girasole Club można tylko pomarzyć:

Włochy, Toskania, zwierzęta


P1000266

 

San Gimignano

Zapewne słyszeliście o tym miasteczku. Manhattan średniowiecza, miasto wież – obecnie ma ich kilkanaście, a w czasach średniowiecznych aż 72. Wówczas wyglądało ono tak:

Włochy, Toskania, San Gimignano

Miejscowi mówili nam, że wieże były wyznacznikiem statusu społecznego – im większa wieża, tym wyżej w hierarchii znajdowała się rodzina, która ją wybudowała. Inni wspominali, że wieże budowano na potrzeby składowania tkanin – San Gimignano w średniowieczu było ważnym ośrodkiem tekstylnym.

Główne miejsce spotkań to Piazza della Cisterna z, nieczynną obecnie, studnią usytuowaną pośrodku placu. W rogu placu znajduje się niewielka lodziarnia z najlepszymi lodami na świecie. Ktoś powie, ze we Włoszech wszędzie są najlepsze lody, ale „Gelateria di Piazza” zdobyła tytuł mistrza świata w latach 2006/2007-2008/2009. My, podobnie jak większość Polaków, trafiliśmy tam za sprawą przewodnika Baedekera, w którym znajduje się wzmianka o lodziarni. Poza tradycyjnymi smakami, możecie tu spróbować lodów z gorgonzolą i orzechami włoskimi, szafranowo-sosnowych, ziołowych czy kilkunastu smaków lodów czekoladowych. Którychkolwiek byście nie spróbowali – będziecie zachwyceni.

Do Piazza delle Cisterna  przylega Piazza Duomo, przy którym znajduje się, pochodząca z XII wieku, Colegiata di Santa Maria Assunta. Warta jest zwiedzenia ze względu na liczne freski, które się w niej znajdują, w szczególności „Sąd Ostateczny” Taddea di Bartola oraz „Męczeństwo św. Sebastiana” Benozza Gozzoli.

Tuż obok kolegiaty znajduje się Museo d’Arte Sacra (Muzeum Sztuki Sakralnej), a w dawnym klasztorze klarysek – Museo Archeologico (Muzeum Archoeologiczne), la Spezieria di Santa Fine (muzeum z eksponatami z laboratorium szpitalnego), la Galeria d’Arte Moderna e Contemporana „Rafaele” (Muzeum Sztuki Nowożytnej Rafaelle de Grada).

Ja jednak zachęcam do pospacerowania uliczkami San Gimignano, wypiciu kawy w jakiejś kawiarni i poobserwowania otaczającego świata, o tak, jak ci panowie na pierwszym zdjęciu poniżej:

Włochy, Toskania, San Gimignano

Volterra

Całkiem niedaleko od San Gimignano znajduje się bardzo ładne miasteczko Volterra, choć, trzeba przyznać, że nie robi ono aż takiego wrażenia, jak miasto wież. Mimo to warto się tam zatrzymać, aby pospacerować wąskimi uliczkami, zajrzeć do katedry i baptysterium oraz zobaczyć pozostałości teatru rzymskiego. Miasto usytuowane jest na wzgórzu, więc z promenady wzdłuż murów możemy podziwiać widoki otaczających je pól i lasów.

Toskania – zagubieni

I w końcu dochodzimy do sedna tej części opowieści…

Kiedy wracaliśmy z Volterry na camping, GPS odmówił nam posłuszeństwa, skręciliśmy w złą stronę (co we Włoszech naprawdę nie jest wielkim wyczynem) i znaleźliśmy się w szczerym polu. Dosłownie. Zewsząd otaczały nas pola winorośli, na horyzoncie nie widać było nikogo, a my jechaliśmy jedyną możliwą drogą w jedynym możliwym kierunku – naprzód. Było przepięknie. Gdzieniegdzie pojawiały się wielkie rezydencje – samotne,  zamarłe (czas sjesty) i zupełnie odrealnione. Podróż trwała jakieś dwie godziny i kiedy wreszcie dotarliśmy do jakiejś miejscowości głodni i troszkę (mimo wszystko) zniechęceni przydługą podróżą, okazało się, że wszystko jest pozamykane – Włosi wyjątkowo cenią sobie odpoczynek. Skierowano nas do kolejnej miejscowości, która oczywiście nie znajdowała się po drodze do naszego campingu. Pozbawieni nadziei na jakikolwiek ciepły posiłek tego dnia, postanowiliśmy spróbować.

Tak trafiliśmy do miejscowości La Panca i trattorii „Le Cernacchie”. Weszliśmy do niej – była pusta. Pani miło poinformowała nas, że wszystkie miejsca są zajęte. Oniemiali, spróbowaliśmy ją przekonać, żeby jednak nas ugościła. Zgodziła się. Kolejnym naszym zaskoczeniem było to, że z menu nic nie było dostępne. Po dłuższej rozmowie okazało się, że w trattorii podaje się dwa, trzy dania, w zależności od tego, jakie składniki znajdują się w kuchni. I, że za godzinę pół miasteczka będzie jadło tam obiad. Po raz pierwszy trafiliśmy do jadłodajni dla tubylców, a nie dla turystów.

Z posiłku w trattorii zapamiętam na zawsze dwie rzeczy: trufle i vino della casa. Z tego wyjazdu przywiozłam do Polski wszystkie pasty truflowe napotkane w okolicznych marketach. Makaron ledwie muśnięty pastą truflową i lekko posypany parmezanem na zawsze pozostawi smak na moim podniebieniu. A vino della casa? To wyrażenie powinniście zapamiętać i Wy, jeśli wybieracie się do Włoch. To wino stołowe, zazwyczaj „domowej” roboty, niedostępne w menu. Poproście o karafkę do obiadu i delektujcie jego smakiem. W naszej trattorii było to białe wino lekko musujące (frizzante – kolejne słowo, które warto zapamiętać). I cóż – wzięliśmy kilka butelek na wynos.

Warto się zgubić.

cdn.

Autor: Marta Herbergier